poniedziałek, 13 października 2014

Prolog

James,

czasami nie zdajesz sobie sprawy z tego, jak bardzo chciałabym Cię chronić, mieć świadomość, że jesteś bezpieczny... 
Zbyt często jest to niemożliwe, mój dług, przysięga,
wobec starego przyjaciela
musi być spłacona, bo na tym polega etykieta, i mój honor.
Mam nadzieję, że twój ojciec nigdy nie będzie musiał przekazywać Ci tego listu; ale nie jestem wyrocznią i nie wiem, co się ze mną wydarzy. Nie wiem, czy za parę lat będę mogła patrzeć, jak dorastasz, widzieć twoje roziskrzone oczy, gdy tylko wypatrzysz mnie w tłumie.
Chciałabym poznać twoją pierwszą miłość… Widzieć, komu powierzysz swe serce.
Teraz grzecznie śpisz w moich ramionach. Jesteś taki ciepły i maleńki. Taki kruchy.
Bardzo Cię kocham, wiedz, że nieważne, co się stanie- to się nie zmieni.
Marzę, żebyś był szczęśliwy. Beze mnie będzie Ci łatwiej do tego szczęścia dążyć, będziesz bezpieczny.
Piszę Ci to, bo czas, w którym oszukiwałam samą siebie już minął. Teraz jestem matką, a ty jesteś dla mnie najważniejszą wartością, wartością, która będzie mnie na zawsze trzymać przy życiu.


Kocham na zawsze,
Mama


      ,,Na zawsze”?
      Co roku -w jej urodziny- za każdym razem. Czytał, powstrzymując się, by nie rzucić tego listu w płomienie, do rzeki, podrzeć na kawałki i wyrzucić. Żałowałby, ale po fakcie nic nie mógłby zrobić.
      Nigdy jednak się na to nie zdobył, a powyższe pytanie zadawał sobie, co rok (i zawsze brzmiało tak samo).

      W lewej ręce trzymał zapalniczkę, ale nie potrafił jej odpalić, a w prawej pogniecioną kartkę papieru z odręcznym pismem kobiety, której już nie było. A powinna być, bo gdyby umarła miałaby swój nagrobek, prawda? Prawda?
      Owego kawałka kamienia, jednak nigdy nie dostała. Nikt nie chciał pochować pięknej, czarnej trumny, która była pusta.
      Ci ludzie nie zdawali sobie sprawy, że tym czynem zapalą ostatnią iskrę nadziei w sercu pewnego siedmioletniego chłopca.
      Iskra, która się tliła nawet, gdy jego ojciec wziął siekierę i porąbał lśniącą trumnę, wrzucając jej resztki do kominka.

      W szkole, na samym początku, nie musiał chodzić do świetlicy. Patrzeć, jak najlepszego kolegę odbiera mama, urywająca się wcześniej z pracy. Mama, która rozkładała ramiona, aby utulić swojego stęsknionego synka.
      Babcia zawsze oszczędzała mu tego widoku, ale czasami coś zobaczył. A gdy i babci zabrakło- powiększył swoje horyzonty, bo ojciec nigdy nie kwapił się, aby zdążyć do szkoły na czas.
      Ojciec już nie zabierał Jamesa do psychologa, miał wiele ważnych i ważniejszych spraw, pracoholizm uderzył mu do głowy, a syn miał coraz częstsze napady paniki, które sam musiał nauczyć się kontrolować. Nie chciał, żeby ojciec dostrzegł, jak w bardzo kiepskim jest stanie.
      Po kilkunastu latach dziękował niebiosom, że sam sobie ze sobą poradził i nie stał się wariatem, którego przyszło mu leczyć nieraz.

      -Kurwa –warknął pod nosem, szukając wzrokiem syna, który właśnie wszedł do przedpokoju i stanął, jak na baczność- nie umiesz po sobie sprzątać? Nie pamiętasz, jak matka ci mówiła, że masz trzymać buty wzdłuż ściany, a nie na tej pierdolonej wycieraczce?!
      -Przepraszam –powiedział ośmiolatek, udając skruchę i spuszczając przy tym teatralnie głowę.
      -Zrobiłeś lekcje? –zapytał, omijając małego Jamesa, jak zarazę i krocząc w stronę kuchni, gdzie mógł dowoli najeść się swoimi smutkami.
      -Tak, oprócz jednego zadania z matematyki…
      -To, na co jeszcze czekasz? Szoruj je robić –spojrzał na niego z naganą, a głos, jak zawsze miał wzburzony, gdy słyszał o jakimkolwiek niepowodzeniu chłopca.
      -Ale ja nie rozumiem i pomyślałem, że…
      -Co pomyślałeś? Że JA, co? Że JA mam ci niby pomóc? Gdy byłem w twoim wieku dostałbym pasem za takie słowa, więc masz szczęście, że ciebie to ominie. Idź się ucz.
James wybiegł z kuchni, a ojciec krzyknął jeszcze za nim:
      -I spróbuj mi, gówniarzu, przynieść jakąś pałę z matematyki!
      Chłopiec siedział nad zeszytem godzinę, dopóki nie zasnął, a jego trudy poszły na marne, bo nie zrobił ani jednego przykładu z rachunków. 
      Ślad, jakiego się nabawił przez tą jedynkę został mu po dziś dzień. Kabel wrzynający się w jego plecy, tylko to pamiętał z tamtego wieczór; zanim nie stracił przytomności.

      ( ,,Jako dziecko często mnie zastanawiało dlaczego ...ojciec był tak surowy. Odpowiedź była zbyt prosta i zrozumiałem ją, ale dopiero jako dorosły człowiek. Nie radził sobie. Mama była jego całym światem, a ja tylko czasem miłym dodatkiem do szczęśliwej rodzinki. Biciem i zastraszaniem mnie, próbował złapać kontrolę, choć nad jedną rzeczą- nade mną” –pomyślał James, uśmiechając się sarkastycznie na samo wspomnienie tego wydarzenia. Jednak, już po chwili zabrał się do ponownego sprawdzania akt swojej nowej pacjentki).


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz