wtorek, 4 listopada 2014

Wątek pierwszy- Louise.

          -Co cię do mnie sprowadza? –zapytał, profesjonalnie i spokojnie, jak go uczyli. Założył nogę na nogę, co miało pokazać, że jest zrelaksowany; niby ułatwiając tym zrelaksowanie się jego nienormalnym pacjentom.
          ,,Brak w tym sensu”- pomyślał, pejoratywnie podchodząc do tych całych bzdur i z powrotem złączył nogi.
          -Pytasz się o to już trzeci raz –warknęła, krzyżując bojowo ręce na piersi, choć James bardziej przybliżał ten gest do postawy swojej (byłej) matki niż do młodej recydywistki. –WY, wszyscy jesteście tacy sami…
          -Mówiąc ,,WY” –powiedział, tak samo zaznaczając ostatnie słowo- masz na myśli tych wszystkich lekarzy, których zwiedziłaś?
          -O, kurwa, aleś ty mądry.
          -Wyrażaj się –upomniał ją, choć w rzeczywistości miał jej słownictwo tak głęboko, jak zachwiany stan emocjonalny swojej dziewięćdziesięcioletniej sąsiadki.
          (Psychologia nie była jego pasją, choć wylądował w niej po same kolana, co porównywał do stania w słoniowym gównie… kiedyś pracował w zoo, ale nie wspominał tego za dobrze).
          Dziewczyna prychnęła i zarzuciła swoimi czarnymi włosami do tyłu, pokazując dr. Hanterowi, co tak naprawdę myśli o nim i jego metodach leczniczych. Rozejrzała się po gabinecie o średniej wielkości, zerkając na wszystkie kosztowne drobiazgi, przeliczając sobie w głowie, za ile mogłaby opchnąć te rzeczy na czarnym rynku.
          (,,Ismael pewnie odpaliłby mi za nie pięć stów… pierdolony złodziej.” Jej przyjaciel, o hiszpańskim korzeniach i zniewalającym akcencie, wiedział, że nie mogłaby się zwrócić do nikogo innego na wymianę towaru, każdy inny by doniósł i wziął łapówkę za informację o niej.
          Rodzice Louise wyznaczyli nagrodę, za każdą wieść o swojej córce. Kiedy, gdzie i z kim przebywała, gdy szła na ulicę Skazańców, jak nazywali czarny rynek w Natreen.
          Tak więc, Ismael mocno zaniżał wartość towarów, które mu przynosiła; czasami nawet cena spadała o połowę, ale Louise nie zamierzała się z nim wykłócać. Za wiele by to ją kosztowało. Zawsze, kiedy decydowała się na opchnięcie czegoś cennego, miała niedaleko do febry, która nie zelżała na mocy, mimo wielu odwyków, na jakie sądy i prawni opiekunowie ją zaciągali.)
          -Jesteś dzisiaj nagrzana? –zapytał James, włączając dyktafon, jak co każdą sesję.
          -A co to za nowy slogan, proszę pana? –Louis przedrzeźniła jego głos, choć w niczym nie przypomniało to pieszczącego w uszach, głębokiego barytonu, dzięki któremu większość kobiet dostawała wypieków na twarzy, na sam jego dźwięk.
          -Odpowiesz mi na pytanie, czy będziesz dalej zgrywać wielce buntowniczkę, której najbardziej twórcze zajęcie to zarabianie na ulicy?
           Dopiero po chwili, gdy zielone oczy jego pacjentki wypełniły się łzami, wiedział, że przesadził -spostrzegł również, że dziewczyna była tego dnia czysta, bo wręcz z ludzką wrażliwością ukazywała emocje, które przez większość czasu były zagłuszone kokainą.
          -Nie jestem dziwką –powiedziała hardo, ale w jej pozycji już nie było gotowości do walki ze znienawidzonymi ludźmi, dało się odczuć w niej wielkie poniżenie, którego żadna kobieta jeszcze świadomie nie udźwignęła.
          -Wiem.
          -Nigdy nie pieprzyłam się za kasę, więc przestań kłamać –szesnastolatka odzyskiwała powoli swoją pewność siebie, co James chciał, jak najszybciej uniemożliwić.
          -Niestety, nikt nie może ci uwierzyć na słowo. Jesteś narkomanką, niech dotrze do ciebie, że każdy może podważyć twoje zdanie. Co wiąże się z tym, że twoje słowo jest nic nie warte, Louise.
          Dziewczyna pierwszy raz siedziała zupełnie cicho, nie wyrażając sprzeciwu, bądź pogardy, była przez chwilę pusta, jak porcelanowa lalka- patrzyła tępo w jego twarz.
          Pierwszy raz otumaniona słowami, a nie koką.
          -Kiedy ostatnio brałaś jakiekolwiek narkotyki? –spojrzał jej głęboko w oczy i wiedział, że teraz jest jego szansa, dziewczyna będzie mówić, a on dostanie solidną wypłatę za wydobycie z niej tego, co nie udało się nikomu innemu.
          James nie wiedział, co jest powodem jej nałogu, nie chciał się w to zagłębiać- co chwilę przychodziło mu rozmawiać z problematycznymi ludźmi, którzy na własne życzenie stworzyli ze swojego życia piekło.
          Rodzice Louise byli prawnikami; wywodziła się z dobrego domu. Dobrego pod względem dóbr, jakich miała pod ręką- co nie zmieniało to faktu, że nieraz widział ją z posiniaczonymi, pociętymi, zakrwawionymi częściami ciała. Nie ukrywała ich, bo i po co, skoro nikt tego nie zauważał- wszyscy byli pochłonięci jej nałogiem, a nie powodem z którego powstał nałóg.
          -Dwa tygodnie temu.
          -Kto na Skazańców sprzedaje ci towar?
          Spuściła speszona wzrok, rozgrywając w sobie coraz to większą walkę.
          (,,Sponiewierał mnie, jak szmatę… Jestem szmatą?”)
          -Diego González, mówią na niego Mark –odpowiedziała, opadając z trzaskiem sprężyn na oparcie skórzanej kanapy. James westchnął i dał jej chwilę spokoju, wiedząc, ile może ją kosztować ta prawdomówność.
          Ale ona wcale nie zważała na konsekwencję, zawsze liczyła się bardziej z targającymi nią uczuciami, niż myślami, które układały swą własną ideologię. Nie cierpiała myśleć i układać planów, nie widziała w tym własnej osobowości i autentyczności swoich czynów.
Czuła się dzięki niezależności sobą, nawet kiedy była naćpana.
          -Dlaczego zaczęłaś zażywać substancje odurzające? –był coraz bardzie ciekawy umysłu młodej anarchistki, która była pełna całkowicie indywidualnych niespodzianek.
          (,,Ona ma pewnie wyższy poziom inteligencji ode mnie, przynajmniej ucieka od tego całego gówna, a ja ciągle w nim tkwię”).
           -Chciałam być wolna –odparła, a on pokiwał ze zrozumieniu głową, co tylko przyprawiło ją o odrazę, którą okazała jedynie grymasem. Nie chciała się wdawać w kolejne, marne dyskusje z tym ,,pierdolonym psychologiem bez życia osobistego”.
          (,,Ani razu nie zerknąłeś na zegar, nie sprawdziłeś połączeń w komórce, jesteś wpatrzony we mnie, jak w obrazek, bo co? Bo byłam przez dwa lata bardziej odważniejsza, niż ty przez całe życie? Jesteś jebanym tchórzem!”-krzyczała w myślach. Nie widziała sensu by mu to mówić, miała wrażenie, że swoim milczeniem przyznałby jej rację).
          -Może teraz ty odpowiesz na moje pytanie? Dlaczego tutaj tylko ja mam mówić prawdę? –wskazała na siebie palcem, zbierając swoimi gestami i pewnością słów Jamesa aprobatę, której nie okazał. Jedynie uniósł brew w pytającym geście- pierwszy raz to on miał się zwierzać? Jeszcze własnej pacjentce.
          -A ile bierzesz za wizytę? –zapytał, a jej skamieniałe usta, po raz pierwszy drgnęły, by po chwili utworzył się na nich naturalny i dziewczęcy uśmiech; który przypomniał mu, że jest ona człowiekiem. Ten uśmiech tylko utrudniał mu pracę.
          Wolał mieć do czynienia z pacjentami, niżeli z ludźmi. Wolał swoich klientów nazywać robotami z działającym przyciskiem autodestrukcji, który nadmiernie używali-czyli o wiele częściej niż normalni ludzie. Cokolwiek normalność oznaczała.
          -Pierwsza gratis –odparła Louise, dalej się uśmiechała, ale już sztuczniej, bardziej diabelsko. Odwzajemnił ten uśmiech, ale to wcale ją nie przeraziło.
          -Zadaj mi pytanie.
          -Jak bardzo jesteś popaprany, że zostałeś psychologiem? –zapytała, a jego uśmiech zelżał na sile, choć dalej błądził po jego wyważonych rysach twarzy. Odpowiedział niemal natychmiast.
          -Przecież znasz odpowiedź –rzucił, najbardziej pociągającym tonem, na jaki było go stać. Ale ona była odporna na jego zalotne sztuczki- jej płat czołowy nie funkcjonował dobrze, co zdarza się często u nałogowców- zwłaszcza w tak młodym wieku, gdy się dopiero rozwijają. Jej mózg nie miał kontroli nad stanami emocjonalnymi.
          -Jesteś tak samo popieprzony, jak ja, więc dlaczego masz mnie leczyć?
          -Może dzięki swojemu dziwactwu jestem wstanie cię zrozumieć.
          -A jesteś?
          -Jestem, choć byłoby mi łatwiej gdybyś współpracowała. Przysporzyłoby to nam mniej kłopotów, a atmosfera już nie byłaby tak oscylacyjna –mówił, jednostajnym głosem, wzbudzającym od groma zaufania, ale dziewczyna była coraz to bardziej zdenerwowana- jej oczy rzucały w jego ciało naostrzone sztylety, a gdy na nią zerkał niemal czuł ich ból.
          -Nie gadaj, jak mój ojciec- bardzo cię o to proszę.
          Wymusiła, jak najgrzeczniejszy ton -choć gdyby on tym tonem zwrócił się do swojego wykładowcy, zdecydowanie zostałby wyrzucony z Sali. Ale James doceniał jej starania. 
          -Dlaczego?
          -Dlaczego masz nie mówić, jak mój ojciec? Bo widzę, że ludzie nabierają się na ten wszechwiedzący ton- jak kukły, a on manipuluje nimi, pociąga swoimi tłustymi łapami za sznurki. To okrutne… ludzie są z natury łatwowierni, a on robi z nimi, co chce… czasami chce by, każdy go traktował, jak samego… Boga. A Bóg jest jeden… a mój ojciec jest na końcu listy, aby chociażby zaliczać się do świętych.
          Dr. Hanter był pod wrażeniem, była młoda, doświadczona- lecz wciąż młoda- a jednak swoimi słowami dotknęła go do żywego. Nie użyła wszelakiej elokwencji (choć miał wrażenie, że ją tłumi, aby nie przypominać swojego ojca), a jednak jej słowa miały duszę.
          -Piękne słowa –tylko to potrafił wyrazić, takich słów użyć, a mimo to poczuł się obnażony i nic więcej z siebie nie wydusił.
          -Słowa może i tak, ale przekaz już nie bardzo. Wiesz, James –lekarz podniósł głowę znad swoich notatek, ale nie zwrócił jej uwagi, że powinna się do niego zwracać per doktor, pan. Dobrze, że czuła w nim swojego rówieśnika. –Prochy dają mi szczęście, są uciążliwe, ale wszystko takie jest. Nawet nie wiesz, jak łatwo jest być buntowniczką… trudniej jest być szarą myszką czy rozchwytywaną laską. Kiedy jeszcze chodziłam do szkoły rodzice tworzyli te swoje reguły... granice, mieli oczekiwania… łatwiej jest to wszystko łamać niż przestrzegać.
          -To jasne. Myślisz, że ile mnie kosztuje słuchanie, każdego pacjenta?
          -To, czemu zdecydowałeś się być psychologiem? –zapytała obojętnie, choć wiedział, że jest co najmniej zaciekawiona- jak każdy, kto zadał mu to pytanie.
          -Jestem skrytym masochistą –odpowiedział, jak zawsze, ale Louise pokręciła jedynie głową, zrezygnowana. Chyba jako jedyna nie odchodziła na tą odpowiedź ze zranionym ego, że nie traktuje jej poważnie. Wiedziała, że sprawa jest skomplikowana, a James zbyt skryty, aby jej odpowiedzieć.
          Nagłe pukanie do drzwi unieszkodliwiło im dalsze trwanie w niezręcznej ciszy. Do pokoju weszła wyniosła, ale i zrezygnowana kobieta, ubrana u najlepszych projektantów, zimna- była to matka Louise. Wstał, gdy z impetem weszła do gabinetu; kątem oka widział, jak szesnastolatka przewraca oczami, ale on był dżentelmenem. Nieważne czy kobietę lubił, czy nie, była kobietą i już.
          -Dzień dobry –przywitał się, a ona jedynie skinęła głową, bo już wpatrywała się w córkę, która na nowo przyjęła swoją lekceważącą pozę- której nie było ani widu, ani słychu przez (prawie) całą sesję.
          -Jest odurzona? –tym razem kobieta patrzyła już wprost na niego. Była taka zimna.
          Miał ochotę splunąć w jej stronę tym samym jadem, co ona; jednak była zdesperowana i dobrze płaciła.
          -Nie –odpowiedział James, włączając profesjonalną obojętność. –Louise, możesz poczekać na korytarzu?
          -Nie! –krzyknęła od razu jej matka. –Ona ucieknie.
          -Nie ucieknie, prawda Louise? –zapytał jej, a ona pokiwała głową wychodząc na korytarz. Rzuciła jeszcze znad pleców swojej matki, gdy ją omijała, pożegnalny półuśmiech dla doktora.
          -Jeśli ucieknie… -zaczęła, ale nie musiała kończyć- wiedział, że miałby poważne kłopoty. Nie chciał jednak wdawać się w niepotrzebne konwersacje, przekazał jej ogólny raport, poprawę prawdomówności Louise, wnioski oraz namiar na dilera.
          Matka była wniebowzięta jego odkryciem, on również- ale dlatego, że miał się zaraz znaleźć w domu. To była ostatnia wizyta tego dnia, a najbardziej męcząca ze wszystkich.
          Pozbierał akta pacjentów ze swojego biurka- włożywszy je z powrotem do sejfu. Sejf, wielkości płyty winylowej, mieścił się; jak w amerykańskich filmach- za obrazem, który miał przedstawiać niby relaksujące wzory, ale on widział jedynie kilka plam, za które przepłacił.
          Wyszedł na ulicę, przeszedł przez asfaltowaną ulicę- było już ciemno. Latarnie działały bez zarzutu, no oprócz jednej, która jak zawsze migała, ale była ona na końcu ulicy- a tam nigdy się nie zagłębiał. Stanął pod latarniom- naprzeciw swojej czarnej kochanki. Piękna maszyna lśniła, matowym połyskiem- motor był jak zawsze idealnie wypolerowany.
           Ruszył szerokimi ulicami i po raz kolejny poczuł adrenalinę, i wolność pomieszaną z lekkością piórka. Podniecenie uderzało mu do głowy i wiedział, że gdyby teraz (świadomie) uderzył w drzewo, bądź wpadł do rowu- jego uniesienie nigdy nie znalazłoby ujścia. Czasami przemożna ochota śmierci walczyła z chęcią życia. Życie jednak dominowało, przynajmniej na razie.
          Zajechał pod przydrożny bar, nie chciał wracać po przejażdżce prosto do domu, potrzeba mu było towarzystwa.
          Gdy wybiła godzina dwudziesta druga pięć- z baru wyszła średnia brunetka w swoim codziennym stroju, niczym nie odstającym od normy, niekontrowersyjnym; a sama dziewczyna też nie była rewelacyjna. Wyszedł z cienia, zastępując jej drogę.
          -Boże! –krzyknęła, łapiąc się za falującą pierś.- Przestraszyłeś mnie.
          -Wybacz –mruknął, łapiąc ją za biodro i mocno napierając swoim. Przycisnął jej o wiele drobniejsze ciało do siebie, chwytając władczo za brodę i wywierając na niej mocny pocałunek. Był zachłanny, dominujący i podniecający. Złapał jej pośladki w obie dłonie, całował i obejmował coraz mocniej, a ta jęczała z każdą chwilą, co kolejną sekundę- bardziej.
Usadził ją na swoim motorze.
           Złapał ją mocno za pierś, zajmując się jej rozpaloną szyją i dekoltem, a głowa dziewczyny poleciała do tyłu. Widział, jak przygryza wargę, ale w końcu po spazmach podniecenia, nie dała rady i krzyknęła, jak najciszej mogła, ale jednak donośnie.
          James nie miał ochoty w dalszej mierze zajmować się jej piersiami, które tak dobrze znał- włożył rękę pod jej spódnicę i zdarł jednym ruchem czarne stringi, rzucając je w trawę.
          Wszedł w nią jednym ruchem i oboje doszli, choć nie jednocześnie i nie z tą samą mocą.
          Oderwał się od niej, już zaspokojony. Margaret, o ile dobrze pamiętał, była roztrzęsiona, wiedział, że tylko on był w stanie jej dać coś takiego. Może nawet była w nim zakochana.
          Pocałował ją ostatni raz w usta i wsiadł na motor, odjeżdżając z dzikim rykiem silnika.
          Widział w bocznym lusterku, jak oddalająca się dziewczyna; szuka w mokrej trawie swoją bieliznę. Uśmiechnął się krzywo, uradowany swoją władzą. Wystarczyło, że przyjedzie i nawet nie musiał zapraszać jej do domu, aby mieć ją całą dla siebie.
          Nie był jej chłopakiem, nie chciał być, ale postawił jej jeden warunek- nie może mieć innego, inaczej nigdy więcej już do niej nie przyjedzie. A ona zgodziła się.
           Gdy pierwszy raz zostawił ją bez słowa, obawiał się, że następnego dnia nie da mu się- ale jednak dała. I teraz, co wieczór zostawiał ją bez obietnicy, że wróci, a ona, głupia- przystała na to.
          Nie była wyzwaniem, dlatego nie wiązał z nią swojej przyszłości.


***

I jak?
Federica.

poniedziałek, 13 października 2014

Prolog

James,

czasami nie zdajesz sobie sprawy z tego, jak bardzo chciałabym Cię chronić, mieć świadomość, że jesteś bezpieczny... 
Zbyt często jest to niemożliwe, mój dług, przysięga,
wobec starego przyjaciela
musi być spłacona, bo na tym polega etykieta, i mój honor.
Mam nadzieję, że twój ojciec nigdy nie będzie musiał przekazywać Ci tego listu; ale nie jestem wyrocznią i nie wiem, co się ze mną wydarzy. Nie wiem, czy za parę lat będę mogła patrzeć, jak dorastasz, widzieć twoje roziskrzone oczy, gdy tylko wypatrzysz mnie w tłumie.
Chciałabym poznać twoją pierwszą miłość… Widzieć, komu powierzysz swe serce.
Teraz grzecznie śpisz w moich ramionach. Jesteś taki ciepły i maleńki. Taki kruchy.
Bardzo Cię kocham, wiedz, że nieważne, co się stanie- to się nie zmieni.
Marzę, żebyś był szczęśliwy. Beze mnie będzie Ci łatwiej do tego szczęścia dążyć, będziesz bezpieczny.
Piszę Ci to, bo czas, w którym oszukiwałam samą siebie już minął. Teraz jestem matką, a ty jesteś dla mnie najważniejszą wartością, wartością, która będzie mnie na zawsze trzymać przy życiu.


Kocham na zawsze,
Mama


      ,,Na zawsze”?
      Co roku -w jej urodziny- za każdym razem. Czytał, powstrzymując się, by nie rzucić tego listu w płomienie, do rzeki, podrzeć na kawałki i wyrzucić. Żałowałby, ale po fakcie nic nie mógłby zrobić.
      Nigdy jednak się na to nie zdobył, a powyższe pytanie zadawał sobie, co rok (i zawsze brzmiało tak samo).

      W lewej ręce trzymał zapalniczkę, ale nie potrafił jej odpalić, a w prawej pogniecioną kartkę papieru z odręcznym pismem kobiety, której już nie było. A powinna być, bo gdyby umarła miałaby swój nagrobek, prawda? Prawda?
      Owego kawałka kamienia, jednak nigdy nie dostała. Nikt nie chciał pochować pięknej, czarnej trumny, która była pusta.
      Ci ludzie nie zdawali sobie sprawy, że tym czynem zapalą ostatnią iskrę nadziei w sercu pewnego siedmioletniego chłopca.
      Iskra, która się tliła nawet, gdy jego ojciec wziął siekierę i porąbał lśniącą trumnę, wrzucając jej resztki do kominka.

      W szkole, na samym początku, nie musiał chodzić do świetlicy. Patrzeć, jak najlepszego kolegę odbiera mama, urywająca się wcześniej z pracy. Mama, która rozkładała ramiona, aby utulić swojego stęsknionego synka.
      Babcia zawsze oszczędzała mu tego widoku, ale czasami coś zobaczył. A gdy i babci zabrakło- powiększył swoje horyzonty, bo ojciec nigdy nie kwapił się, aby zdążyć do szkoły na czas.
      Ojciec już nie zabierał Jamesa do psychologa, miał wiele ważnych i ważniejszych spraw, pracoholizm uderzył mu do głowy, a syn miał coraz częstsze napady paniki, które sam musiał nauczyć się kontrolować. Nie chciał, żeby ojciec dostrzegł, jak w bardzo kiepskim jest stanie.
      Po kilkunastu latach dziękował niebiosom, że sam sobie ze sobą poradził i nie stał się wariatem, którego przyszło mu leczyć nieraz.

      -Kurwa –warknął pod nosem, szukając wzrokiem syna, który właśnie wszedł do przedpokoju i stanął, jak na baczność- nie umiesz po sobie sprzątać? Nie pamiętasz, jak matka ci mówiła, że masz trzymać buty wzdłuż ściany, a nie na tej pierdolonej wycieraczce?!
      -Przepraszam –powiedział ośmiolatek, udając skruchę i spuszczając przy tym teatralnie głowę.
      -Zrobiłeś lekcje? –zapytał, omijając małego Jamesa, jak zarazę i krocząc w stronę kuchni, gdzie mógł dowoli najeść się swoimi smutkami.
      -Tak, oprócz jednego zadania z matematyki…
      -To, na co jeszcze czekasz? Szoruj je robić –spojrzał na niego z naganą, a głos, jak zawsze miał wzburzony, gdy słyszał o jakimkolwiek niepowodzeniu chłopca.
      -Ale ja nie rozumiem i pomyślałem, że…
      -Co pomyślałeś? Że JA, co? Że JA mam ci niby pomóc? Gdy byłem w twoim wieku dostałbym pasem za takie słowa, więc masz szczęście, że ciebie to ominie. Idź się ucz.
James wybiegł z kuchni, a ojciec krzyknął jeszcze za nim:
      -I spróbuj mi, gówniarzu, przynieść jakąś pałę z matematyki!
      Chłopiec siedział nad zeszytem godzinę, dopóki nie zasnął, a jego trudy poszły na marne, bo nie zrobił ani jednego przykładu z rachunków. 
      Ślad, jakiego się nabawił przez tą jedynkę został mu po dziś dzień. Kabel wrzynający się w jego plecy, tylko to pamiętał z tamtego wieczór; zanim nie stracił przytomności.

      ( ,,Jako dziecko często mnie zastanawiało dlaczego ...ojciec był tak surowy. Odpowiedź była zbyt prosta i zrozumiałem ją, ale dopiero jako dorosły człowiek. Nie radził sobie. Mama była jego całym światem, a ja tylko czasem miłym dodatkiem do szczęśliwej rodzinki. Biciem i zastraszaniem mnie, próbował złapać kontrolę, choć nad jedną rzeczą- nade mną” –pomyślał James, uśmiechając się sarkastycznie na samo wspomnienie tego wydarzenia. Jednak, już po chwili zabrał się do ponownego sprawdzania akt swojej nowej pacjentki).