-Co
cię do mnie sprowadza? –zapytał, profesjonalnie i spokojnie, jak go uczyli.
Założył nogę na nogę, co miało pokazać, że jest zrelaksowany; niby ułatwiając
tym zrelaksowanie się jego nienormalnym pacjentom.
,,Brak
w tym sensu”- pomyślał, pejoratywnie podchodząc do tych całych bzdur i z
powrotem złączył nogi.
-Pytasz
się o to już trzeci raz –warknęła, krzyżując bojowo ręce na piersi, choć James
bardziej przybliżał ten gest do postawy swojej (byłej) matki niż do młodej
recydywistki. –WY, wszyscy jesteście tacy sami…
-Mówiąc
,,WY” –powiedział, tak samo zaznaczając ostatnie słowo- masz na myśli tych
wszystkich lekarzy, których zwiedziłaś?
-O,
kurwa, aleś ty mądry.
-Wyrażaj
się –upomniał ją, choć w rzeczywistości miał jej słownictwo tak głęboko, jak zachwiany
stan emocjonalny swojej dziewięćdziesięcioletniej sąsiadki.
(Psychologia
nie była jego pasją, choć wylądował w niej po same kolana, co porównywał do
stania w słoniowym gównie… kiedyś pracował w zoo, ale nie wspominał tego za
dobrze).
Dziewczyna
prychnęła i zarzuciła swoimi czarnymi włosami do tyłu, pokazując dr. Hanterowi,
co tak naprawdę myśli o nim i jego metodach leczniczych. Rozejrzała się po
gabinecie o średniej wielkości, zerkając na wszystkie kosztowne drobiazgi,
przeliczając sobie w głowie, za ile mogłaby opchnąć te rzeczy na czarnym rynku.
(,,Ismael
pewnie odpaliłby mi za nie pięć stów… pierdolony złodziej.” Jej przyjaciel, o
hiszpańskim korzeniach i zniewalającym akcencie, wiedział, że nie mogłaby się
zwrócić do nikogo innego na wymianę towaru, każdy inny by doniósł i wziął
łapówkę za informację o niej.
Rodzice
Louise wyznaczyli nagrodę, za każdą wieść o swojej córce. Kiedy, gdzie i z kim
przebywała, gdy szła na ulicę Skazańców, jak nazywali czarny rynek w Natreen.
Tak
więc, Ismael mocno zaniżał wartość towarów, które mu przynosiła; czasami nawet
cena spadała o połowę, ale Louise nie zamierzała się z nim wykłócać. Za wiele
by to ją kosztowało. Zawsze, kiedy decydowała się na opchnięcie czegoś cennego,
miała niedaleko do febry, która nie zelżała na mocy, mimo wielu odwyków, na
jakie sądy i prawni opiekunowie ją zaciągali.)
-Jesteś
dzisiaj nagrzana? –zapytał James, włączając dyktafon, jak co każdą sesję.
-A
co to za nowy slogan, proszę pana? –Louis przedrzeźniła jego głos, choć w niczym
nie przypomniało to pieszczącego w uszach, głębokiego barytonu, dzięki któremu
większość kobiet dostawała wypieków na twarzy, na sam jego dźwięk.
-Odpowiesz
mi na pytanie, czy będziesz dalej zgrywać wielce buntowniczkę, której
najbardziej twórcze zajęcie to zarabianie na ulicy?
Dopiero
po chwili, gdy zielone oczy jego pacjentki wypełniły się łzami, wiedział, że
przesadził -spostrzegł również, że dziewczyna była tego dnia czysta, bo wręcz z
ludzką wrażliwością ukazywała emocje, które przez większość czasu były
zagłuszone kokainą.
-Nie
jestem dziwką –powiedziała hardo, ale w jej pozycji już nie było gotowości do walki
ze znienawidzonymi ludźmi, dało się odczuć w niej wielkie poniżenie, którego
żadna kobieta jeszcze świadomie nie udźwignęła.
-Wiem.
-Nigdy
nie pieprzyłam się za kasę, więc przestań kłamać –szesnastolatka odzyskiwała
powoli swoją pewność siebie, co James chciał, jak najszybciej uniemożliwić.
-Niestety,
nikt nie może ci uwierzyć na słowo. Jesteś narkomanką, niech dotrze do ciebie,
że każdy może podważyć twoje zdanie. Co wiąże się z tym, że twoje słowo jest
nic nie warte, Louise.
Dziewczyna
pierwszy raz siedziała zupełnie cicho, nie wyrażając sprzeciwu, bądź pogardy,
była przez chwilę pusta, jak porcelanowa lalka- patrzyła tępo w jego twarz.
Pierwszy raz otumaniona słowami, a nie koką.
-Kiedy
ostatnio brałaś jakiekolwiek narkotyki? –spojrzał jej głęboko w oczy i
wiedział, że teraz jest jego szansa, dziewczyna będzie mówić, a on dostanie
solidną wypłatę za wydobycie z niej tego, co nie udało się nikomu innemu.
James
nie wiedział, co jest powodem jej nałogu, nie chciał się w to zagłębiać- co
chwilę przychodziło mu rozmawiać z problematycznymi ludźmi, którzy na własne
życzenie stworzyli ze swojego życia piekło.
Rodzice
Louise byli prawnikami; wywodziła się z dobrego domu. Dobrego pod względem dóbr, jakich miała pod ręką- co nie zmieniało to faktu, że nieraz widział ją z posiniaczonymi, pociętymi, zakrwawionymi częściami ciała. Nie ukrywała ich, bo i po co, skoro nikt tego nie zauważał- wszyscy byli pochłonięci jej nałogiem, a
nie powodem z którego powstał nałóg.
-Dwa
tygodnie temu.
-Kto
na Skazańców sprzedaje ci towar?
Spuściła
speszona wzrok, rozgrywając w sobie coraz to większą walkę.
(,,Sponiewierał
mnie, jak szmatę… Jestem szmatą?”)
-Diego
González, mówią na niego Mark –odpowiedziała, opadając z trzaskiem sprężyn na
oparcie skórzanej kanapy. James westchnął i dał jej chwilę spokoju, wiedząc,
ile może ją kosztować ta prawdomówność.
Ale
ona wcale nie zważała na konsekwencję, zawsze liczyła się bardziej z
targającymi nią uczuciami, niż myślami, które układały swą własną ideologię.
Nie cierpiała myśleć i układać planów, nie widziała w tym własnej osobowości i
autentyczności swoich czynów.
Czuła
się dzięki niezależności sobą, nawet kiedy była naćpana.
-Dlaczego
zaczęłaś zażywać substancje odurzające? –był coraz bardzie ciekawy umysłu
młodej anarchistki, która była pełna całkowicie indywidualnych niespodzianek.
(,,Ona
ma pewnie wyższy poziom inteligencji ode mnie, przynajmniej ucieka od tego
całego gówna, a ja ciągle w nim tkwię”).
-Chciałam
być wolna –odparła, a on pokiwał ze zrozumieniu głową, co tylko przyprawiło ją
o odrazę, którą okazała jedynie grymasem. Nie chciała się wdawać w
kolejne, marne dyskusje z tym ,,pierdolonym psychologiem bez życia osobistego”.
(,,Ani
razu nie zerknąłeś na zegar, nie sprawdziłeś połączeń w komórce, jesteś
wpatrzony we mnie, jak w obrazek, bo co? Bo byłam przez dwa lata bardziej
odważniejsza, niż ty przez całe życie? Jesteś jebanym tchórzem!”-krzyczała w
myślach. Nie widziała sensu by mu to mówić, miała wrażenie, że swoim milczeniem
przyznałby jej rację).
-Może
teraz ty odpowiesz na moje pytanie? Dlaczego tutaj tylko ja mam mówić prawdę?
–wskazała na siebie palcem, zbierając swoimi gestami i pewnością słów Jamesa
aprobatę, której nie okazał. Jedynie uniósł brew w pytającym geście- pierwszy
raz to on miał się zwierzać? Jeszcze własnej pacjentce.
-A
ile bierzesz za wizytę? –zapytał, a jej skamieniałe usta, po raz pierwszy
drgnęły, by po chwili utworzył się na nich naturalny i dziewczęcy uśmiech;
który przypomniał mu, że jest ona człowiekiem. Ten uśmiech tylko utrudniał mu
pracę.
Wolał
mieć do czynienia z pacjentami, niżeli z ludźmi. Wolał swoich klientów nazywać
robotami z działającym przyciskiem autodestrukcji, który nadmiernie używali-czyli o
wiele częściej niż normalni ludzie. Cokolwiek normalność oznaczała.
-Pierwsza
gratis –odparła Louise, dalej się uśmiechała, ale już sztuczniej, bardziej
diabelsko. Odwzajemnił ten uśmiech, ale to wcale ją nie przeraziło.
-Zadaj
mi pytanie.
-Jak
bardzo jesteś popaprany, że zostałeś psychologiem? –zapytała, a jego uśmiech
zelżał na sile, choć dalej błądził po jego wyważonych rysach twarzy.
Odpowiedział niemal natychmiast.
-Przecież
znasz odpowiedź –rzucił, najbardziej pociągającym tonem, na jaki było go stać.
Ale ona była odporna na jego zalotne sztuczki- jej płat czołowy nie funkcjonował dobrze, co zdarza się często u nałogowców- zwłaszcza w tak młodym wieku, gdy
się dopiero rozwijają. Jej mózg nie miał kontroli nad stanami emocjonalnymi.
-Jesteś
tak samo popieprzony, jak ja, więc dlaczego masz mnie leczyć?
-Może
dzięki swojemu dziwactwu jestem wstanie cię zrozumieć.
-A
jesteś?
-Jestem,
choć byłoby mi łatwiej gdybyś współpracowała. Przysporzyłoby to nam mniej
kłopotów, a atmosfera już nie byłaby tak oscylacyjna –mówił, jednostajnym
głosem, wzbudzającym od groma zaufania, ale dziewczyna była coraz to bardziej
zdenerwowana- jej oczy rzucały w jego ciało naostrzone sztylety, a gdy na nią
zerkał niemal czuł ich ból.
-Nie
gadaj, jak mój ojciec- bardzo cię o to proszę.
Wymusiła,
jak najgrzeczniejszy ton -choć gdyby on tym tonem zwrócił się do swojego
wykładowcy, zdecydowanie zostałby wyrzucony z Sali. Ale James doceniał jej
starania.
-Dlaczego?
-Dlaczego
masz nie mówić, jak mój ojciec? Bo widzę, że ludzie nabierają się na ten
wszechwiedzący ton- jak kukły, a on manipuluje nimi, pociąga swoimi tłustymi
łapami za sznurki. To okrutne… ludzie są z natury łatwowierni, a on robi z
nimi, co chce… czasami chce by, każdy go traktował, jak samego… Boga. A Bóg
jest jeden… a mój ojciec jest na końcu listy, aby chociażby zaliczać się do
świętych.
Dr.
Hanter był pod wrażeniem, była młoda, doświadczona- lecz wciąż młoda- a jednak
swoimi słowami dotknęła go do żywego. Nie użyła wszelakiej elokwencji (choć
miał wrażenie, że ją tłumi, aby nie przypominać swojego ojca), a jednak jej
słowa miały duszę.
-Piękne
słowa –tylko to potrafił wyrazić, takich słów użyć, a mimo to poczuł się
obnażony i nic więcej z siebie nie wydusił.
-Słowa
może i tak, ale przekaz już nie bardzo. Wiesz, James –lekarz podniósł głowę
znad swoich notatek, ale nie zwrócił jej uwagi, że powinna się do niego zwracać
per doktor, pan. Dobrze, że czuła w nim swojego rówieśnika. –Prochy dają mi
szczęście, są uciążliwe, ale wszystko takie jest. Nawet nie wiesz, jak łatwo
jest być buntowniczką… trudniej jest być szarą myszką czy rozchwytywaną laską.
Kiedy jeszcze chodziłam do szkoły rodzice tworzyli te swoje reguły... granice,
mieli oczekiwania… łatwiej jest to wszystko łamać niż przestrzegać.
-To
jasne. Myślisz, że ile mnie kosztuje słuchanie, każdego pacjenta?
-To,
czemu zdecydowałeś się być psychologiem? –zapytała obojętnie, choć wiedział, że
jest co najmniej zaciekawiona- jak każdy, kto zadał mu to pytanie.
-Jestem
skrytym masochistą –odpowiedział, jak zawsze, ale Louise pokręciła jedynie
głową, zrezygnowana. Chyba jako jedyna nie odchodziła na tą odpowiedź ze
zranionym ego, że nie traktuje jej poważnie. Wiedziała, że sprawa jest
skomplikowana, a James zbyt skryty, aby jej odpowiedzieć.
Nagłe
pukanie do drzwi unieszkodliwiło im dalsze trwanie w niezręcznej ciszy. Do
pokoju weszła wyniosła, ale i zrezygnowana kobieta, ubrana u najlepszych
projektantów, zimna- była to matka Louise. Wstał, gdy z impetem weszła do
gabinetu; kątem oka widział, jak szesnastolatka przewraca oczami, ale on był
dżentelmenem. Nieważne czy kobietę lubił, czy nie, była kobietą i już.
-Dzień
dobry –przywitał się, a ona jedynie skinęła głową, bo już wpatrywała się w
córkę, która na nowo przyjęła swoją lekceważącą pozę- której nie było ani widu,
ani słychu przez (prawie) całą sesję.
-Jest
odurzona? –tym razem kobieta patrzyła już wprost na niego. Była taka zimna.
Miał ochotę splunąć w jej stronę tym samym jadem, co ona; jednak była
zdesperowana i dobrze płaciła.
-Nie
–odpowiedział James, włączając profesjonalną obojętność. –Louise, możesz
poczekać na korytarzu?
-Nie!
–krzyknęła od razu jej matka. –Ona ucieknie.
-Nie
ucieknie, prawda Louise? –zapytał jej, a ona pokiwała głową wychodząc na
korytarz. Rzuciła jeszcze znad pleców swojej matki, gdy ją omijała, pożegnalny
półuśmiech dla doktora.
-Jeśli
ucieknie… -zaczęła, ale nie musiała kończyć- wiedział, że miałby poważne
kłopoty. Nie chciał jednak wdawać się w niepotrzebne konwersacje, przekazał jej
ogólny raport, poprawę prawdomówności Louise, wnioski oraz namiar na dilera.
Matka
była wniebowzięta jego odkryciem, on również- ale dlatego, że miał się zaraz
znaleźć w domu. To była ostatnia wizyta tego dnia, a najbardziej męcząca ze
wszystkich.
Pozbierał
akta pacjentów ze swojego biurka- włożywszy je z powrotem do sejfu. Sejf,
wielkości płyty winylowej, mieścił się; jak w amerykańskich filmach- za obrazem,
który miał przedstawiać niby relaksujące wzory, ale on widział jedynie kilka
plam, za które przepłacił.
Wyszedł
na ulicę, przeszedł przez asfaltowaną ulicę- było już ciemno. Latarnie działały
bez zarzutu, no oprócz jednej, która jak zawsze migała, ale była ona na końcu
ulicy- a tam nigdy się nie zagłębiał. Stanął pod latarniom- naprzeciw swojej
czarnej kochanki. Piękna maszyna lśniła, matowym połyskiem- motor był jak
zawsze idealnie wypolerowany.
Ruszył
szerokimi ulicami i po raz kolejny poczuł adrenalinę, i wolność pomieszaną z lekkością piórka. Podniecenie
uderzało mu do głowy i wiedział, że gdyby teraz (świadomie) uderzył w drzewo,
bądź wpadł do rowu- jego uniesienie nigdy nie znalazłoby ujścia. Czasami
przemożna ochota śmierci walczyła z chęcią życia. Życie jednak dominowało,
przynajmniej na razie.
Zajechał
pod przydrożny bar, nie chciał wracać po przejażdżce prosto do domu, potrzeba
mu było towarzystwa.
Gdy
wybiła godzina dwudziesta druga pięć- z baru wyszła średnia brunetka w swoim
codziennym stroju, niczym nie odstającym od normy, niekontrowersyjnym; a sama
dziewczyna też nie była rewelacyjna. Wyszedł z cienia, zastępując jej drogę.
-Boże!
–krzyknęła, łapiąc się za falującą pierś.- Przestraszyłeś mnie.
-Wybacz
–mruknął, łapiąc ją za biodro i mocno napierając swoim. Przycisnął jej o wiele
drobniejsze ciało do siebie, chwytając władczo za brodę i wywierając na niej
mocny pocałunek. Był zachłanny, dominujący i podniecający. Złapał jej pośladki w
obie dłonie, całował i obejmował coraz mocniej, a ta jęczała z każdą chwilą, co
kolejną sekundę- bardziej.
Usadził
ją na swoim motorze.
Złapał
ją mocno za pierś, zajmując się jej rozpaloną szyją i dekoltem, a głowa
dziewczyny poleciała do tyłu. Widział, jak przygryza wargę, ale w końcu po
spazmach podniecenia, nie dała rady i krzyknęła, jak najciszej mogła, ale
jednak donośnie.
James
nie miał ochoty w dalszej mierze zajmować się jej piersiami, które tak dobrze
znał- włożył rękę pod jej spódnicę i zdarł jednym ruchem czarne stringi,
rzucając je w trawę.
Wszedł
w nią jednym ruchem i oboje doszli, choć nie jednocześnie i nie z tą samą mocą.
Oderwał
się od niej, już zaspokojony. Margaret, o ile dobrze pamiętał, była
roztrzęsiona, wiedział, że tylko on był w stanie jej dać coś takiego. Może
nawet była w nim zakochana.
Pocałował
ją ostatni raz w usta i wsiadł na motor, odjeżdżając z dzikim rykiem silnika.
Widział w bocznym lusterku, jak oddalająca się dziewczyna; szuka w mokrej
trawie swoją bieliznę. Uśmiechnął się krzywo, uradowany swoją władzą.
Wystarczyło, że przyjedzie i nawet nie musiał zapraszać jej do domu, aby mieć
ją całą dla siebie.
Nie
był jej chłopakiem, nie chciał być, ale postawił jej jeden warunek- nie może
mieć innego, inaczej nigdy więcej już do niej nie przyjedzie. A ona zgodziła
się.
Gdy
pierwszy raz zostawił ją bez słowa, obawiał się, że następnego dnia nie da mu
się- ale jednak dała. I teraz, co wieczór zostawiał ją bez obietnicy, że wróci,
a ona, głupia- przystała na to.
Nie
była wyzwaniem, dlatego nie wiązał z nią swojej przyszłości.
***
I jak?
Federica.
***
I jak?
Federica.